Jęknął
cicho, chwytając się za głowę. On... Doskonale wiedział, że nie
powinien tyle pić. Nie w nocy, nie pod osłoną ciemnego nieba,
kiedy zza ściany dobiegał równomierny oddech Enjolrasa.
Ale i
tak to robił. Bo bolało. Tak bardzo bolało. Drgnął na dźwięk
przekręcanego klucza. Ponownie. Ponownie ten cholerny klucz. Skulił
się w kłębek na kanapie, naciągając koc aż pod szyję.
-
Grantaire?!
Uniósł
wzrok do drzwi, w których stał jego współlokator. W stanie
widocznego wzburzenia. Wyglądał inaczej. Rozwichrzone włosy i
luźno zwisająca z jego ramienia torba nijak nie pasowały do
codziennego wyglądu Apolla. Czyżby wczorajsza noc coś zmieniła?
- Dzień
dobry, Apollo – odparł zachrypniętym głosem, próbując się
zwlec z łóżka. Po drodze potrącił butelki stojące na podłodze.
Patrząc lekko nieprzytomnym wzrokiem na bałagan, westchnął. Nawet
nie musiał widzieć wyrazu twarzy Enjolrasa. Wiedział, że w tym
momencie blondyn patrzy z niesmakiem na walające się po pokoju
śmieci. Nie lubił bałaganu, nie lubił jego...
-
Mówiłeś, że dotrzymasz zasad – wycedził Enj' przez zaciśnięte
zęby.
Jego
głos przedarł się do nadal zamroczonego alkoholem umysłu
Grantaire'a, który wzdrygnął się. Jednak to jedno zdanie
wystarczyło, żeby znacznie podnieść mu poziom zdenerwowania.
- To ty
narzuciłeś mi te zasady. A poza tym, co cię to w ogóle obchodzi?!
Poderwał
głowę do góry, wpatrując się w niego z wściekłością. Jak...
Nie dość, że narzucił mu te zasady, to jeszcze śmie go pouczać.
Bez zrozumienia, bez głębszego zastanowienia się.
Boli.
- Bo
nie chcę mieszkać z zapijaczonym darmozjadem!
Przełknął
gulę tworzącą się w jego gardle i, narzucając tylko na siebie
stary płaszcz, wyszedł z mieszkania. Nie dałby mu tej satysfakcji.
Nie mógłby wybiec.
Na
półpiętrze zatoczył się i całym ciałem uderzył o ścianę.
Syknął cicho, chwytając za pulsujące bólem ramię. Nie mógł
pokazać słabości. Nie tak blisko mieszkania. Nie kiedy on może w
każdym momencie wyjść i zapytać.
Jeszcze
bardziej wbić mu nóż w serce.
Przetarł
twarz dłonią i wyszedł z kamienicy. Słońce na chwilę oślepiło
go, jednak nadal szedł przed siebie. Byle dalej. W tym momencie
pragnął tylko go nie widzieć. Napić się i zapomnieć. Choć na
te pare chwil, zanim padnie nieprzytomny na łóżko, nie myśleć o
Enjolrasie.
Wszedł
do znajomego baru, machając stojącej za ladą Eponine. Kobieta
posłała mu ciepły uśmiech, nadal wycierając szkło ścierką.
Był tu częstym gościem, głównie ze względu na nią. I Apolla.
Usiadł ciężko na stołku i czekał, aż przyjaciółka poda mu la
Fée Verte.
- Zły
dzień?
- Złe
życie, moja droga. Nic więcej. - Wychylił szklankę i odstawił
ją, obserwując jak resztki zielonego alkoholu spływają wolno po
szkle. Na sam dół, jak on. Ciągle na samym dole.
Eponine
krzątała się za barem, obsługując resztę klientów. Lubił tu
przesiadywać, obserwować ludzi.
Kolejna
szklanka.
Pary,
studentów, degeneratów lub takich przegranych, jak on.
I
jeszcze jedna.
Tych,
którzy już dawno skończyli potyczkę z życiem i są jeszcze niżej
od niego. Narkotyki, seks, alkohol...
I
kolejna.
Sam też
to znał. Znał to uczucie, kiedy do jego płuc dostawały się opary
opium, kiedy przechodził obok palarni. Choć już rozrzedzone, to
nadal mocne, uderzające.
Westchnął
ciężko, a jego wzrok zatrzymał się na dziewczynie siedzącej
obok. Ładnej, filigranowej wręcz. Zupełnie niepasującej do tego
otoczenia. Odcinającej się na tle brudnego kontuaru i głośnych
pijackich bełkotów. Nie wyglądała na styraną życiem, wręcz
przeciwnie.
-
Panienka pozwoli – przesunął w jej stronę szklankę alkoholu. Ta
uśmiechnęła się wdzięcznie i zacisnęła na szkle smukłe palce.
Wiedział,
że zamiast uśmiechu, wyszedł mu tylko grymas, będący jego
parodią. Nic na to nie poradzi, ale nie wydawała się być przez to
zniechęcona. Wzniósł toast.
Za co?
Sam nie
wiedział. Za przyszłość? Może, na pewno za lepszą. Za chęć
lepszej przyszłości, choć i tak się na to nie zapowiadało.
Chciał...
Pragnął wręcz czyjegoś dotyku. Dłoni sunącej po jego plecach.
Tak desperacko...
...
Czuł
jej wargi na swojej szyi i chłód nocy smagający go po plechach,
osłoniętych tylko starą koszulą. Płaszcz gdzieś został.
Eponine... Eponine go zapewne schowa. Zawsze chowała.
Mruknął
cicho, przyciskając ją mocniej do muru. Tak bardzo potrzebował.
Teraz. Pomimo wirowania świata.
- Hej!
Hej ty!
Ten
głos. Dlaczego nawet teraz on go prześladuje. Nie. Nie w tym
momencie.
-
Powiedziałem zostaw go!
-
Ale...
-...
już!
Zimno.
Ponownie przerażające zimno. I chropowaty mur, zapewne zostawiający
szramy na jego odsłoniętych rękach, kiedy zsuwał się po nim.
-
'Taire!
-
Apollo – wybełkotał nieprzytomnie, próbując zmusić się do
spojrzenia mu w twarz. Niech nie ma go za tchórza. Nie może uważać
go za tchórza!
- Coś
ty zrobił?
Ciepło.
Ramiona owijające się wokół jego pleców, ręce grzejące jego
skostniałe ciało.
Jego
ciałem targnął szloch.
Stojąc
na nogach oparł się o ścianę, ciągnąc za sobą Enjolrasa.
-
Grantaire...
Wiedział,
że zgniata mu dłonie. Gdzieś w mózgu pojawiła się myśl, że
krzywdzi to piękne ciało. Zostaną ślady. Od chropowatej
powierzchni. Mur...
Nieważne.
Ważne
było to, że wreszcie czuł ciepło. Rozlewające się po całym
ciele. Wiedział, że drży. Z zimna? Może z przemęczenia... Nie.
Woda. Jego policzki nie były suche.
Tłumiony
szloch wreszcie uwolnił się z jego gardła, kiedy wtulił twarz w
zagłębienie szyi swojego boga. Swojej wiary.
Enjolras
był...
Enjolras
odwzajemnił. Ramiona ciaśniej owinęły się wokół jego ciała, a
młodzieniec schował twarz w jego włosach.
-
Grantaire. Nie możesz tu zostać. Chodź.
Pociągnął
go za sobą, nadal podtrzymując jego ciało. Wciąż dawał mu
ciepło. Dawał mu to, czego nie doświadczył od tak dawna.
-
Apollo...
- Nie
mów do mnie Apollo.
Coraz więcej wyświetleń nie przestawaj pisz dalej czekamy!
OdpowiedzUsuń