niedziela, 10 stycznia 2016

30DaysOTP - Przytulanie

Dzień 2: Przytulanie.

Jęknął cicho, chwytając się za głowę. On... Doskonale wiedział, że nie powinien tyle pić. Nie w nocy, nie pod osłoną ciemnego nieba, kiedy zza ściany dobiegał równomierny oddech Enjolrasa.
Ale i tak to robił. Bo bolało. Tak bardzo bolało. Drgnął na dźwięk przekręcanego klucza. Ponownie. Ponownie ten cholerny klucz. Skulił się w kłębek na kanapie, naciągając koc aż pod szyję.
- Grantaire?!
Uniósł wzrok do drzwi, w których stał jego współlokator. W stanie widocznego wzburzenia. Wyglądał inaczej. Rozwichrzone włosy i luźno zwisająca z jego ramienia torba nijak nie pasowały do codziennego wyglądu Apolla. Czyżby wczorajsza noc coś zmieniła?
- Dzień dobry, Apollo – odparł zachrypniętym głosem, próbując się zwlec z łóżka. Po drodze potrącił butelki stojące na podłodze. Patrząc lekko nieprzytomnym wzrokiem na bałagan, westchnął. Nawet nie musiał widzieć wyrazu twarzy Enjolrasa. Wiedział, że w tym momencie blondyn patrzy z niesmakiem na walające się po pokoju śmieci. Nie lubił bałaganu, nie lubił jego...
- Mówiłeś, że dotrzymasz zasad – wycedził Enj' przez zaciśnięte zęby.
Jego głos przedarł się do nadal zamroczonego alkoholem umysłu Grantaire'a, który wzdrygnął się. Jednak to jedno zdanie wystarczyło, żeby znacznie podnieść mu poziom zdenerwowania.
- To ty narzuciłeś mi te zasady. A poza tym, co cię to w ogóle obchodzi?!
Poderwał głowę do góry, wpatrując się w niego z wściekłością. Jak... Nie dość, że narzucił mu te zasady, to jeszcze śmie go pouczać. Bez zrozumienia, bez głębszego zastanowienia się.

Boli.

- Bo nie chcę mieszkać z zapijaczonym darmozjadem!
Przełknął gulę tworzącą się w jego gardle i, narzucając tylko na siebie stary płaszcz, wyszedł z mieszkania. Nie dałby mu tej satysfakcji. Nie mógłby wybiec.
Na półpiętrze zatoczył się i całym ciałem uderzył o ścianę. Syknął cicho, chwytając za pulsujące bólem ramię. Nie mógł pokazać słabości. Nie tak blisko mieszkania. Nie kiedy on może w każdym momencie wyjść i zapytać.
Jeszcze bardziej wbić mu nóż w serce.
Przetarł twarz dłonią i wyszedł z kamienicy. Słońce na chwilę oślepiło go, jednak nadal szedł przed siebie. Byle dalej. W tym momencie pragnął tylko go nie widzieć. Napić się i zapomnieć. Choć na te pare chwil, zanim padnie nieprzytomny na łóżko, nie myśleć o Enjolrasie.
Wszedł do znajomego baru, machając stojącej za ladą Eponine. Kobieta posłała mu ciepły uśmiech, nadal wycierając szkło ścierką. Był tu częstym gościem, głównie ze względu na nią. I Apolla. Usiadł ciężko na stołku i czekał, aż przyjaciółka poda mu la Fée Verte.
- Zły dzień?
- Złe życie, moja droga. Nic więcej. - Wychylił szklankę i odstawił ją, obserwując jak resztki zielonego alkoholu spływają wolno po szkle. Na sam dół, jak on. Ciągle na samym dole.
Eponine krzątała się za barem, obsługując resztę klientów. Lubił tu przesiadywać, obserwować ludzi.
Kolejna szklanka.
Pary, studentów, degeneratów lub takich przegranych, jak on.
I jeszcze jedna.
Tych, którzy już dawno skończyli potyczkę z życiem i są jeszcze niżej od niego. Narkotyki, seks, alkohol...
I kolejna.
Sam też to znał. Znał to uczucie, kiedy do jego płuc dostawały się opary opium, kiedy przechodził obok palarni. Choć już rozrzedzone, to nadal mocne, uderzające.
Westchnął ciężko, a jego wzrok zatrzymał się na dziewczynie siedzącej obok. Ładnej, filigranowej wręcz. Zupełnie niepasującej do tego otoczenia. Odcinającej się na tle brudnego kontuaru i głośnych pijackich bełkotów. Nie wyglądała na styraną życiem, wręcz przeciwnie.
- Panienka pozwoli – przesunął w jej stronę szklankę alkoholu. Ta uśmiechnęła się wdzięcznie i zacisnęła na szkle smukłe palce.
Wiedział, że zamiast uśmiechu, wyszedł mu tylko grymas, będący jego parodią. Nic na to nie poradzi, ale nie wydawała się być przez to zniechęcona. Wzniósł toast.
Za co?
Sam nie wiedział. Za przyszłość? Może, na pewno za lepszą. Za chęć lepszej przyszłości, choć i tak się na to nie zapowiadało.
Chciał... Pragnął wręcz czyjegoś dotyku. Dłoni sunącej po jego plecach. Tak desperacko...
...
Czuł jej wargi na swojej szyi i chłód nocy smagający go po plechach, osłoniętych tylko starą koszulą. Płaszcz gdzieś został. Eponine... Eponine go zapewne schowa. Zawsze chowała.
Mruknął cicho, przyciskając ją mocniej do muru. Tak bardzo potrzebował. Teraz. Pomimo wirowania świata.
- Hej! Hej ty!
Ten głos. Dlaczego nawet teraz on go prześladuje. Nie. Nie w tym momencie.
- Powiedziałem zostaw go!
- Ale...
-... już!
Zimno. Ponownie przerażające zimno. I chropowaty mur, zapewne zostawiający szramy na jego odsłoniętych rękach, kiedy zsuwał się po nim.
- 'Taire!
- Apollo – wybełkotał nieprzytomnie, próbując zmusić się do spojrzenia mu w twarz. Niech nie ma go za tchórza. Nie może uważać go za tchórza!
- Coś ty zrobił?
Ciepło. Ramiona owijające się wokół jego pleców, ręce grzejące jego skostniałe ciało.
Jego ciałem targnął szloch.
Stojąc na nogach oparł się o ścianę, ciągnąc za sobą Enjolrasa.
- Grantaire...
Wiedział, że zgniata mu dłonie. Gdzieś w mózgu pojawiła się myśl, że krzywdzi to piękne ciało. Zostaną ślady. Od chropowatej powierzchni. Mur...
Nieważne.
Ważne było to, że wreszcie czuł ciepło. Rozlewające się po całym ciele. Wiedział, że drży. Z zimna? Może z przemęczenia... Nie. Woda. Jego policzki nie były suche.
Tłumiony szloch wreszcie uwolnił się z jego gardła, kiedy wtulił twarz w zagłębienie szyi swojego boga. Swojej wiary.
Enjolras był...
Enjolras odwzajemnił. Ramiona ciaśniej owinęły się wokół jego ciała, a młodzieniec schował twarz w jego włosach.
- Grantaire. Nie możesz tu zostać. Chodź.
Pociągnął go za sobą, nadal podtrzymując jego ciało. Wciąż dawał mu ciepło. Dawał mu to, czego nie doświadczył od tak dawna.
- Apollo...

- Nie mów do mnie Apollo.  

1 komentarz: